Przejdź do głównej zawartości strony

Krzysztof Stopczyk | Okiem Obserwatora

„Insc­eniza­c­ja „Ich czworo” w Teatrze Kome­dia urze­ka swo­ją stroną wiz­ual­ną i speł­nia oczeki­wa­nia widzów, którzy przys­zli zobaczyć bard­zo dobre aktorstwo. I tak właśnie określiłbym ten spek­takl: wizualno–aktorski. To są jego bard­zo moc­ne strony (…) Jak wiado­mo, główną postacią sztu­ki jest Żona. Wciela się w nią Alek­san­dra Popławska. Bard­zo lubię i cenię tę artys­tkę, więc z wielkim zad­owole­niem oglą­dałem kole­jną jej bard­zo dobrą rolę. Tego oczy­wiś­cie nie wiem, ale przy­puszczam, że taką Żonę chci­ała­by widzieć na sce­nie Zapol­s­ka. Popławska prezen­tu­je pełną gamę kobiecych zachowań, od „kocio, kocio” i „taka mala”, poprzez stro­fowanie najbliższych for­mal­nie osób (mąż, dziecko), aż po całkiem efek­towne „strze­lanie fochów” i awan­tu­ry. Popławska w jed­nej chwili prze­chodzi z jed­nego stanu w dru­gi i swo­ją pre­cyzyjną i dynam­iczną grą cały czas przykuwa uwagę widzów. Dla mnie to jed­na z dwóch najlep­szych ról w tym spek­takl. A tą drugą, która zro­biła na mnie najwięk­sze wraże­nie (drugą, ale ex aequo z Żoną Alek­sandry Popławskiej), jest – uwa­ga, uwa­ga! – debi­u­tu­ją­cy na pro­fesjon­al­nej sce­nie jej stu­dent Maksy­mil­ian Ter­min, wciela­ją­cy się w kil­ka postaci (znakomi­cie w służącego i stan­gre­ta), a jako Man­drago­ra jest fenom­e­nal­ny! Zgo­da! Bard­zo poma­ga­ją mu w tym opisane wcześniej kostium, oświ­etle­nie i pro­jekc­je ani­macji, ale pod­stawą są fan­tasty­cznie zbu­dowane role! Aktorstwo wysok­iej pró­by, a jego zdol­noś­ci iluzjon­isty­czne są naprawdę imponu­jące. Debi­ut marze­nie! Z równą przy­jem­noś­cią śledzi się grę pozostałych osób, które oglą­damy na sce­nie. Joan­na Bal­asz jako Kraw­cowa znakomi­cie wciela się w skrzy­wd­zoną wiele lat temu dziew­czynę, która ter­az wal­czy o swój byt. I w sytu­acji, gdy według niej nadarza się okaz­ja, sta­je się drapieżną, bezwzględ­ną kobi­etą nieprze­bier­a­jącą w środ­kach, aby osiągnąć swój cel. Bal­asz robi to bard­zo dobrze, pomi­mo iż jej postać raczej nie wzbudza pozy­ty­wnych emocji u widza. I o to prze­cież chodzi w tej sztuce! Rena­ta Dancewicz jako Wdowa jest jedyną w miarę sym­pa­ty­czną postacią z tych rzeczy­wistych (nie liczę Man­drago­ry), która jed­nak wywołu­je uczu­cie poli­towa­nia czy wręcz zażenowa­nia. To jest bard­zo trudne do zagra­nia i Dancewicz robi to per­fek­cyjnie. Najbardziej dynam­icz­na jest rola Kochanka i Kamil Szep­ty­c­ki, efek­town­ie przy­o­dziany przez Zuzan­nę Markiewicz (kostiumy), sza­le­je na sce­nie jako ówczes­ny mięś­ni­ak i gmin­ny goguś. W głowie pus­to, w kieszeni też, prymi­ty­wny bajer w miarę opanowany i moż­na „polować” na białogłowy. U Zapol­skiej jego ofi­ara­mi są prze­cież wszys­tkie kobi­ety, które wys­tępu­ją w sztuce. Szep­ty­c­ki jest bard­zo przekonu­ją­cy w tej roli i najwyraźniej bawi się postacią, a granie jej spraw­ia mu dużą radość. Dla odmi­any Mar­ius­zowi Zaniewskiemu przy­padła do zagra­nia postać Męża, czyli totalne prze­ci­wieńst­wo Fedy­ck­iego, czyli Kochanka. Dostrzegam w nim podobieńst­wo do Felic­jana z „Moral­noś­ci Pani Dul­skiej”. Na pewno dużo moż­na powiedzieć o tej postaci, ale nie to, że jest człowiekiem tryska­ją­cym humorem i wulka­nem energii. Zaniews­ki wspaniale pokazu­je jego wyco­fanie i wygaśnię­cie ist­niejącego podob­no kiedyś uczu­cia do żony. A gdy zosta­je przekroc­zona „cien­ka, czer­wona linia”, okazu­je się, że potrafi zdobyć się na stanow­c­zość i wtedy oglą­damy zupełnie innego Zaniewskiego. Równie dobrego w tym nowym wcie­le­niu co w poprzed­nim. Wspom­ni­ałem już, że na sce­nie oglą­damy nie tylko aktorów zawodowych. Postać Dziec­ka gra­ją na zmi­anę dwie dziesię­ci­o­let­nie dziew­czyn­ki. Na spek­tak­lu pre­mierowym wys­tąpiła Zosia Orłows­ka, która – co oczy­wiste – nie ma jeszcze oby­cia scenicznego i doświad­czenia aktorskiego, ale tę bard­zo trud­ną rolę zagrała nad­spodziewanie dobrze! Tak naprawdę to właśnie Dziecko jest powo­dem, dla którego Zapol­s­ka napisała tę sztukę. To ono jest najbardziej poszkodowaną osobą w całej tej (jak to nazy­wamy obec­nie) pato­log­icznej rodzinie. Zosia Orłows­ka znakomi­cie pokazu­je zagu­bi­e­nie dziec­ka i błąkanie się między wręcz nien­aw­idzą­cy­mi się rodzi­ca­mi (…) Zosi Orłowskiej należą się słowa uzna­nia za to, jak zagrała Dziecko. Ta postać grana jest na zmi­anę z Niną Różewską”