„Inscenizacja „Ich czworo” w Teatrze Komedia urzeka swoją stroną wizualną i spełnia oczekiwania widzów, którzy przyszli zobaczyć bardzo dobre aktorstwo. I tak właśnie określiłbym ten spektakl: wizualno–aktorski. To są jego bardzo mocne strony (…) Jak wiadomo, główną postacią sztuki jest Żona. Wciela się w nią Aleksandra Popławska. Bardzo lubię i cenię tę artystkę, więc z wielkim zadowoleniem oglądałem kolejną jej bardzo dobrą rolę. Tego oczywiście nie wiem, ale przypuszczam, że taką Żonę chciałaby widzieć na scenie Zapolska. Popławska prezentuje pełną gamę kobiecych zachowań, od „kocio, kocio” i „taka mala”, poprzez strofowanie najbliższych formalnie osób (mąż, dziecko), aż po całkiem efektowne „strzelanie fochów” i awantury. Popławska w jednej chwili przechodzi z jednego stanu w drugi i swoją precyzyjną i dynamiczną grą cały czas przykuwa uwagę widzów. Dla mnie to jedna z dwóch najlepszych ról w tym spektakl. A tą drugą, która zrobiła na mnie największe wrażenie (drugą, ale ex aequo z Żoną Aleksandry Popławskiej), jest – uwaga, uwaga! – debiutujący na profesjonalnej scenie jej student Maksymilian Termin, wcielający się w kilka postaci (znakomicie w służącego i stangreta), a jako Mandragora jest fenomenalny! Zgoda! Bardzo pomagają mu w tym opisane wcześniej kostium, oświetlenie i projekcje animacji, ale podstawą są fantastycznie zbudowane role! Aktorstwo wysokiej próby, a jego zdolności iluzjonistyczne są naprawdę imponujące. Debiut marzenie! Z równą przyjemnością śledzi się grę pozostałych osób, które oglądamy na scenie. Joanna Balasz jako Krawcowa znakomicie wciela się w skrzywdzoną wiele lat temu dziewczynę, która teraz walczy o swój byt. I w sytuacji, gdy według niej nadarza się okazja, staje się drapieżną, bezwzględną kobietą nieprzebierającą w środkach, aby osiągnąć swój cel. Balasz robi to bardzo dobrze, pomimo iż jej postać raczej nie wzbudza pozytywnych emocji u widza. I o to przecież chodzi w tej sztuce! Renata Dancewicz jako Wdowa jest jedyną w miarę sympatyczną postacią z tych rzeczywistych (nie liczę Mandragory), która jednak wywołuje uczucie politowania czy wręcz zażenowania. To jest bardzo trudne do zagrania i Dancewicz robi to perfekcyjnie. Najbardziej dynamiczna jest rola Kochanka i Kamil Szeptycki, efektownie przyodziany przez Zuzannę Markiewicz (kostiumy), szaleje na scenie jako ówczesny mięśniak i gminny goguś. W głowie pusto, w kieszeni też, prymitywny bajer w miarę opanowany i można „polować” na białogłowy. U Zapolskiej jego ofiarami są przecież wszystkie kobiety, które występują w sztuce. Szeptycki jest bardzo przekonujący w tej roli i najwyraźniej bawi się postacią, a granie jej sprawia mu dużą radość. Dla odmiany Mariuszowi Zaniewskiemu przypadła do zagrania postać Męża, czyli totalne przeciwieństwo Fedyckiego, czyli Kochanka. Dostrzegam w nim podobieństwo do Felicjana z „Moralności Pani Dulskiej”. Na pewno dużo można powiedzieć o tej postaci, ale nie to, że jest człowiekiem tryskającym humorem i wulkanem energii. Zaniewski wspaniale pokazuje jego wycofanie i wygaśnięcie istniejącego podobno kiedyś uczucia do żony. A gdy zostaje przekroczona „cienka, czerwona linia”, okazuje się, że potrafi zdobyć się na stanowczość i wtedy oglądamy zupełnie innego Zaniewskiego. Równie dobrego w tym nowym wcieleniu co w poprzednim. Wspomniałem już, że na scenie oglądamy nie tylko aktorów zawodowych. Postać Dziecka grają na zmianę dwie dziesięcioletnie dziewczynki. Na spektaklu premierowym wystąpiła Zosia Orłowska, która – co oczywiste – nie ma jeszcze obycia scenicznego i doświadczenia aktorskiego, ale tę bardzo trudną rolę zagrała nadspodziewanie dobrze! Tak naprawdę to właśnie Dziecko jest powodem, dla którego Zapolska napisała tę sztukę. To ono jest najbardziej poszkodowaną osobą w całej tej (jak to nazywamy obecnie) patologicznej rodzinie. Zosia Orłowska znakomicie pokazuje zagubienie dziecka i błąkanie się między wręcz nienawidzącymi się rodzicami (…) Zosi Orłowskiej należą się słowa uznania za to, jak zagrała Dziecko. Ta postać grana jest na zmianę z Niną Różewską”